W życiu każdej kobiety nastaje taki dzień, kiedy postanawia zacząć popisywać się przed mężczyzną. Najbardziej popularne są dwie możliwości: głęboki dekolt (zalecany tym hojnie obdarzonym przez naturę) lub głęboki talerz. Ja postanowiłam skorzystać z ludowych mądrości, czyli przez żołądek do serca. Z reguły wiąże się to z mega dawką nadprogramowych kalorii, ale najczęściej warto pozwolić sobie na cheat day. Tak oto narodził się plan stworzenia idealnego Tiramisu. Jednak plany, a rzeczywistość… 

Zaczęło się nudno. Szykuję obiad. Mężczyzna wpada z niezapowiedzianą wizytą. Niewinnie proponuję, że potrzebuję jeszcze chwilę czasu, aby skończyć, ale może chciałby skoczyć po kremówkę to zrobię mu deser. Na szczęście faceci to dziwne, łase na słodycze stworzenia (zna która takiego, który potulnie wcina sałatę?). Zgadza się od ręki i leci. Mój plan idealny działa. 

Challenge accepted: ubijanie śmietany

Składniki przygotowane, śliczna, przejrzysta miseczka czeka. Ba, nawet udało mi się faceta wciągnąć we wspólne przygotowania. Z pietyzmem maczał  herbatniki w mocnym, aromatycznym naparze. Ja tymczasem zajęłam się tą trudniejszą działką, czyli staje w szranki z blenderem. 

Otwieram kremówkę i coś mi się nie zgadza. Śmietanka jest gęsta. Nigdy takiej nie ubijałam. Poziom stresu wzrasta – kto wie, co z tego wyjdzie? Ale raz kozie śmierć. Teraz się nie wycofam. Tym bardziej, że już uciszyłam swoje sumienie, że raz na jakiś czas należy mi się mały cheat day. 

Włączam blender. Jedną ręką ubijam śmietanę, drugą instruuję pana M. jak maczać biszkopty, aby się nie rozpadły. Co chwilę obserwuję kremówkę, ale nie dzieje się nic. Z przerażeniem stwierdzam, że śmietana nie zwiększa swojej objętości. W dodatku pojawiają się podejrzane grudki. 

No pięknie! Kremówka poszła się…. Ekhm… Ja wiedziałam, że z tą gęstą śmietaną będą problemy. Ubiłam masło! Żebym jeszcze wyglądała jak te modelki z klipu My Słowianie. Jednak blender ni jak nie jest seksowny. Uwierzcie mi na słowo. 

Chcąc zachować twarz szybko postanowiłam zrobić podejście numer dwa. Nie chcąc również wprawiać w zakłopotanie pana M. to osobiście pobiegłam do najbliższego sklepu. Zero poprawiania makijażu, czy przebierania (widać, z jakim poświęceniem podeszłam do tego tiramisu, prawda?). Lecę jak stoję. 

Podejście numer dwa

Brrr… jednak wyskoczenie do sklepu w dresowej sukience to nie był jeden z moich najgenialniejszych pomysłów. Przelałam kremówkę do miski i zostawiłam pana M. sam na sam z blenderem.

Jeszcze nie zdążyłam dobrze otworzyć szafy aby ubrać coś cieplejszego, a on już drze się z kuchni, że chyba coś jest nie tak. Kurcze… Bardzo pojętny z niego chłopak. Nie wiem, co bardziej mi zaimponowało – że w niecałe dwie minuty ubił masło, czy fakt, że w ogóle sam (bez niczyjej pomocy) zorientował się, że chyba jednak coś jest nie tak. 

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Pół kuchni zababrane, nasączone biszkopty czekają na swą kolej, a ja stoję bezradnie pośrodku chaosu nie bardzo wiedząc, co się dzieje. W końcu, co to za filozofia ubić śmietanę? Tiramisu to jeden z najprostszych (no i powiedzmy sobie szczerze – jeden z najkaloryczniejszych) deserów, jakie można sobie wymyślić. W dodatku przepyszny. W sam razy na popisywanie się swoimi umiejętnościami, a tu nagle cały kosmos przeciw mnie. 

Walka do upadłego

To oznaczało wojnę! Albo ona, albo ja. Poleciałam po trzecią kremówkę. A potem zrobiłam maślane oczy do największej specjalistki, jaką znam. 

Na szczęście pod ręką była ukochana mamusia, która idealnie wyczuła sytuację. W dodatku postanowiła uratować moją skórę i kulinarny honor. Gdy ja w duchu się zaklinałam, że już nigdy więcej nie zgrzeszę i nie dam zwieść się pokusy (w końcu koktajle też są mega smaczne), mama walczyła do upadłego. 

Oczywiście, co specjalista to specjalista. 

Reszta historii jest już do bólu nudna i banalna. Nie było oporu. Masa poddała się bez walki, a biszkopty karnie leżały w równym rządku. Wyglądała na to, że ta bitwa należy do nas. Teraz wystarczyło je zapuszkować. Ekhm… chciałam powiedzieć: wsadzić do lodówki i mocno schłodzić. Za godzinę lub dwie miałam się dowiedzieć, czy mój prosty i banalny deser przynajmniej smakuje jak niebo w gębie. Nie pozostało mi nic ponad nadzieje. 

Morał afery maślanej

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego Ci o tym piszę. Blog o zdrowiu, a ja się chwalę, że potrafię zrobić Tiramisu. Znaczy potrafię. Jak widać różnie z tym bywa. 

Gotowanie to z reguły świetna zabawa. I jest dużo prostsze niż wielu z Was się wydaje. Wystarczy odrobina wprawy, aby nie otruć rodziny podczas obiadu i nieco sprytu, aby mile zaskoczyć bliskich. Czasem wystarczy na początek opatentować kilka prostych przepisów. Potem to kwestia systematycznego aktualizowania bazy danych o nowe dania.

Po prostu gotuj, baw się i eksperymentuj. Nie poddawaj się, jeśli zaliczysz wpadkę. Nawet tak spektakularną jak popisy przed kumplem, czy próby zaimponowania dziewczynie Twojego życia. Doświadczenie przyjdzie samo z każdym kolejnym obiadem dla rodziny. Twoje zdrowie Ci za to podziękuje, gdy zrezygnujesz z nadmiaru sztucznej i przetworzonej żywności.

Poziom bliski mistrzowskiemu osiągniesz, gdy będziesz potrafił z partyzanta otworzyć lodówkę i w ciągu kilku sekund – widząc dostępne produkty – opracujesz menu. Prawie jak Masterchef, co nie? Tylko czarne pudełko jakieś swojskie. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *