Z dołu wszystko wyglądało na proste. Pełno lin, desek i innych cudów. Poruszały się zapraszająco w oczekiwaniu na kolejnych śmiałków, ale zlekceważenie tych potworów było moim ogromnym błędem. One jeszcze miały pokazać, na co je stać! 

Malpi Jar

Będzie szpagat czy nie będzie?

Wszystko zaczęło się niewinnie. Przede wszystkim na miejscu czekał cały sprzęt od kasku zaczynając na lonżach, bloczkach i karabinkach kończąc. Także nie musiałam się niczym przejmować, nawet tym, że nie umiem założyć uprzęży. Na miejscu też jest krótkie szkolenie. Na liny wchodzą nawet małe dzieci, które nie zawsze mają choćby półtora metra, choć oczywiście trasy są dostosowane do ich możliwości. Zresztą, co tu jest do zrozumienia. Dwa karabinki, które Cię ubezpieczają przed spadnięciem i bloczek, który wykorzystuje się do tyrolki, czyli zjazdów. Wszystko na trasie jest oznaczone w najprostszy sposób. Czerwona nalepka to i szukasz co w Twoim sprzęcie jest czerwonego. Jeszcze na szkoleniu informują Cię, że musisz karabinki przyczepiać po przeciwnych stronach. Czerwona i żółta? Oznacza to, że czeka Cię zjazd na trasie i w kolejności, tak jak wskazują kolory, dwa karabińczyki z tyłu i rolki z przodu. Dziecinnie prosta, prawda?

Szkolenie za nami, no to zaczynamy. I nagle to, co wydawało się takie banalne zamienia się w godzinny koszmar.

Przejście po linie okazało się najprostszą przeszkodą.

Przejście po linie okazało się najprostszą przeszkodą.

Już po pierwszej przeszkodzie wiedziałam, że nie będzie łatwo. Modliłam się tylko, aby nie zrobić popisowego szpagatu próbując niezdarnie przejść z jednej deski na drugą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tam u góry, będąc skazaną tylko i wyłącznie na siebie, stoczę wielką bitwę o pokonanie własnych słabości. Co się naklęłam napociłam i nakombinowałam to moje. Wszystko, aby po przejściu całej trasy usłyszeć, że nie siła, a technika się liczy. Co gorsze to całe upokorzenie, gdy dzieciaczki ( ledwie, co do ramion mi sięgające ) śmigały po tych linach, co chwile mnie wyprzedzając. Za nic nie mogłam zrozumieć, jakim cudem są w stanie w takim tempie pokonywać te potworne przeszkody. I to z taką łatwością! Jeszcze ten młody chłopak, który z wdziękiem i łatwością wyprzedził mnie na trasie. Normalnie szczękę miałam parę metrów poniżej lin, gdy widziałam, co on wyprawia! Gorzej, że zszedł z trasy, gdy ja byłam może w połowie. W życiu nie zapomnę jego jakże fachowego dopingu: „niech Pani chwyci te liny z karabinkami i po prostu przejdzie!”. Tak, a ja już nie czułam rąk, a kolana miałam po prostu miękkie! No po prostu super. O ile dobrze sobie przypominam to właśnie w tym momencie zaczęłam wyć, że jak stąd zejdę to chce być natychmiast zabrana na lody.

„Veni-Vidi-Vici”, czyli „Przybyłem, Zobaczyłem, Zwyciężyłem”.

Malpi JArMimo wszystko nie żałuję, że odwiedziłam Małpi Jar, który znajduje się w Gdańskim ZOO. Stres, adrenalina i chwilami naprawdę ogromy wysiłek sprawiły, że spaliłam chyba więcej kalorii niż na dobrym fitnessie. Dodatkowo jestem mocniejsza o nowe doświadczenia oraz szczęśliwa, że pokonałam swoje słabości, nawet jeśli musiałam zrobić z siebie kompletną idiotkę modląc się aby nie zrobić popisowego szpagatu kilka metrów nad ziemią. Dzisiaj mogę jedynie podziękować Natalii – mojej instruktorce, że pokierowała mnie od razu na najtrudniejszą trasę oraz Łukaszowi, który przez godzinę dopingował mnie z dołu. 

————————

W tym miejscu znajdziesz więcej  zdjęć z moich zmagań

A tutaj wpis o Gdańskim ZOO. Niebawem pojawią się też zdjęcia. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *